Jak "Wyborcza" plącze się o własne nogi próbując nas przekonać, że "zły PiS" nie chce "dobrych podwyżek"

MPWiK zaproponowało na ostatnim posiedzenia komisji infrastruktury rady miasta 10% podwyżke cen wody i ścieków. Już teraz woda we Wrocławiu mimo swej bezdyskusyjnie kiepskiej jakości jest (jak na duże miasto) droga. Znacznie droższa niż w Łodzi i Krakowie i tylko nieco tańsza niż w Poznaniu i Warszawie. Po podwyżce będziemy mieli najdroższą wodę z dużych miast w Polsce. 

Wyborcza jednak niuansuje sprawę pisząc, że podwyżka jest MPWiK potrzebna do "nowych inwestycji", a źli radni (głównie z PiS) nie będą chcieli jej poprzeć tylko dlatego, że w przyszłym roku są wybory. Czytamy zatem w artykule, że "miesięcznie na jednego mieszkańca dodatkowa opłata wyniosłaby około 2 zł", a kilka linijek dalej, że "na przykład za 50-metrowe mieszkanie w skali roku to około 2,50 zł więcej." To 2 zl, czy 2,50? W skali roku, czy miesięcznie? Na osobę, czy na piędziesieciometrowe mieszkanie? A może urzędnicy MPWiK oraz dziennikarze Wyborczej po prostu się nie myją i stąd podają takie kwoty?

Każdy chyba wie co to znaczy 10% podwyżka. To znaczy, że każdy z nas będzie płacić 10% więcej niż dotychczas płacił. Norma zurzycia wody na mieszkańca wynosi 4-5 m3 (najwięcej dla mieszkań ogrzewanych centralnie, a wiec dla blokowisk wielkiej płyty), a wiec trzyosobowa rodzina zużywa 12-15 metrów sześciennych miesięcznie. Podwyżka będzie o 59 groszy na metrze więc dla trzyosobowej rodziny wyniesie ona 7-8 złotych miesięcznie. Dodajmy, że w tym roku była już jedna podwyżka cen wody. Jedyne co mówią radni szczerze, to że w przyszłym roku podwyżek będzie więcej. Bo jest kryzys.

Co my mówimy na to? Mili państwo. To wy jesteście naszym kryzysem. My zaś będziemy waszym.